4 mity na temat ćwiczenia z trenerem. Sprawdzam!

4… 3… 2… uff. Z głośnym stęknięciem padam na piasek. Nie jestem pewna, czy czuję ręce tak bardzo, czy nie czuję ich wcale. Nie sądziłam, że utrzymam tę niby-pompkę tak długo.

Brawo… – słyszę nad sobą. Uff. Koniec.

… jeszcze tylko trzy!

Zaraz, zaraz – pomyślicie. Co robi trener na blogu o rowerze, i to miejskim?
Pomaga zdobyć siłę na jeszcze więcej roweru!

Wiecie, nigdy nie należałam do wysportowanych. Ani do tych, którzy lubią się zmęczyć. No bo jak można lubić, przecież to boli i w ogóle :) Tym bardziej, jako ta słabsza fizycznie osoba, doskonale zdaję sobie sprawę że nawet taka spokojna jazda po mieście wymaga pewnej kondycji. Te gdańskie górki i pagórki? Dotarcie do pracy we względnie schludnym stanie? Wycieczka nad morze bez wyplucia płuc po drodze? Wnoszenie roweru po schodach, bo miasto albo PKP przyoszczędziło na budowie podjazdów? Nie mówiąc już o wtaszczeniu tego kilkunastokilogramowego żelastwa z powrotem do mieszkania. Nie ma siły, trochę tych mięśni trzeba jednak mieć.

Biorąc pod uwagę, że wpis jak mniej męczyć się na rowerze niezmiennie trzyma się wśród pięciu najpopularniejszych na blogu, zapewne nie jestem jedyna, która próbuje zrobić coś ze swoją kondycją. Różne miałam już na to pomysły, ale żaden rodzaj pozarowerowej aktywności nie został jeszcze tym wybranym.

I w takich mniej więcej okolicznościach odzywa się do mnie Grzegorz Niecko, trener personalny. Trener brzmi groźnie, trening jeszcze bardziej :) Biorąc pod uwagę, że moje dotychczasowe doświadczenia z ćwiczeniem pod czyimś okiem to głównie traumatyczne wspomnienia szkolnych wuefów, do tej pory mocno unikałam ćwiczenia pod czyjeś dyktando, a nawet w czyjejś obecności. Po obejrzeniu wystąpienia Grzegorza na TEDx stwierdziłam jednak, że wygląda na w porządku gościa, i raz kozie śmierć, czas przekonać się czy moje wybrażenia mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

Co o pracy z trenerem może pomyśleć osoba, która nigdy nie miała z tym do czynienia?

Mit 1:
Trener to taki pan od wuefu, który będzie stał nade mną z gwizdkiem i krzyczał

Przyznam szczerze, takie było dotąd moje pierwsze skojarzenie na myśl o trenowaniu pod czyimś okiem. Może to wspomnienie złośliwej wuefistki z podstawówki, może może po prostu stereotyp – ale hasło trener osobisty kojarzyło mi się właśnie z takim facetem, który krzykiem i poganianiem narzuci nierealne tempo.

Niby wiedziałam, że mało w tym sensu, ale dopiero osobiste spotkanie pozwoliło mi pozbyć się tego obrazu z głowy. Tak na zdrowy rozsądek: dobry trener nie będzie tak odpychający z jednego prostego powodu: utrzymuje się z tego, że klienci wracają. O ile na szkolnego nauczyciela jesteśmy praktycznie skazani, o tyle praca z trenerem jest całkowicie dobrowolna Nie dogadamy się z jednym? Poszukamy innego, takiego, z którym uda nam się ćwiczyć w sympatycznej atmosferze nawet, gdy postanowi dać nam niezły wycisk. Grzegorz tryskał taką pozytywną energią, że zupełnie zapomniałam o swoim nie mam siły, a nawet dałam się zaciągnąć na przerażająco wysoko zawieszony drążek. Prawie bez marudzenia :)

Czym jeszcze różni się trening z trenerem od wuefu? Nie ma jak uciec! W szkole, wśród kilkunastu innych osób zawsze można wtopić się w tłum, schować się gdzieś za grupą, w nadziei że nauczyciel znajdzie sobie jakąś inną ofiarę. Z trenerem nie ma zmiłuj, cała uwaga stale skupia się na nas. Nie ma obijania się ani ćwiczenia na odwal. Już on zadba, żebyśmy dali z siebie wszystko.

Mit 2:
Mam kontuzję, nie mogę mocno ćwiczyć

Taak, moja naczelna wymówka. Nie mogę tego, bo kolana. Nie zrobię tamtego, bo kolana. Kusiło, oj kusiło, żeby w trakcie treningu powiedzieć że sorry, tego nie mogę, wymyśl coś innego (w domyśle: łatwiejszego :) ).

I tu wkracza trener, cały na biało. Przed chwilą pisałam, że w treningu indywidualnym nie ma się jak schować i cała uwaga skupia się na nas. I bardzo dobrze, bo cały czas pilnuje, żebyśmy wykonywali ćwiczenia prawidłowo i nie zrobili sobie krzywdy.

Przed spotkaniem uprzedziłam Grzegorza o swoich problemach z kolanami, więc zdziwiłam się nieco słysząc, że oto czekają mnie wykroki i przysiady. Gdybym zabrała się do tych ćwiczeń sama, kolana na pewno trzeszczałyby z oburzenia jeszcze przez kilka kolejnych dni. Grzegorz pilnował jednak, żebym każdy ruch wykonała poprawnie, co szczególnie przy przysiadach wymagało od niego anielskiej cierpliwości. Efekt? Choć niektóre mięśnie czułam jeszcze dwa-trzy dni po treningu, kolana nie sprawiały najmniejszych problemów.
I co teraz zrobię z moją ulubioną wymówką?

Mit 3:
Żeby ćwiczyć z trenerem muszę być już we w miarę przyzwoitej formie, wstyd przyjść tak zupełnie zielonym

A moim zdaniem właśnie zupełnie początkujące osoby są jedną z grup, która na pracy z trenerem może skorzystać najbardziej.

Po pierwsze: na tym etapie brakuje zwykle wiedzy nawet o podstawach. Choć pewnie pamiętamy ze szkoły jakieś pajacyki, pompki czy brzuszki, bardzo przydaje się ktoś kto podpowie jak w ogóle się do tego wszystkiego zabrać, podsunie więcej ciekawych ćwiczeń na różne partie ciała, i dopasuje ich poziom do naszych możliwości.

Po drugie: trener dopilnuje, żebyśmy wykonywali te ćwiczenia prawidłowo, szczególnie jeśli mamy już jakieś problemy np. z kolanami czy kręgosłupem. Niby można nauczyć się tego z filmików czy obrazków, ale nic nie zastąpi kogoś kto po prostu stanie obok i będzie pilnował i poprawiał tak długo, aż nauczymy się wykonywać ćwiczenia tak jak należy.

Po trzecie: ćwicząc pod okiem specjalisty nierzadko wyciśniemy z siebie więcej, niż gdybyśmy robili to samo samodzielnie. Szczególnie na początku, kiedy człowiek łatwo się męczy i nie wie jeszcze, na jak wiele go w danym momencie stać. Gdybym po prostu dostała od Grzegorza zadany zestaw ćwiczeń, pewnie odpadłabym gdzieś w połowie. A tak, ze stałym wsparciem i motywacją, nie tylko byłam w stanie zrobić kolejną serię, ale też dać się zaciągnąć na wysoko wiszący drążek od którego sama trzymałabym się z daleka.

I co? Nie taki słabeusz słaby, jak twierdzi! Oto ja, dziewczyna która nie zrobi poprawnie ani jednej pompki, przy odpowiednim wsparciu technicznym była w stanie podnieść TAKIE BYDLĘ :)

Trening_opona

Mit 4:
Jeśli chcę ćwiczyć z trenerem, to muszę wykupić karnet na siłownię

Jeśli chcesz korzystać z usług trenera zatrudnionego przez siłownię – owszem. W pozostałych przypadkach wybór należy do Ciebie. Ja na przykład ćwiczyłam na sopockiej plaży. +10 do sprawności!

Tu kłania się promowana przez Grzegorza kalistenika – czyli ćwiczenia polegające na pracy z ciężarem własnego ciała. Nie wykluczające oczywiście takich urozmaiceń jak widoczna wyżej opona :) Choć ta nazwa obiła mi się wcześniej o uszy, do tej pory kojarzyłam ją głównie z dość hardkorowymi dla nowicjusza pozycjami typu ludzka flaga. A tu niespodzianka – okazuje się, że te ćwiczenia można równie dobrze dopasować do możliwości nawet słabo wysportowanych osób.

Takie na przykład pompki. Widząc, że radzę sobie z nimi, yhm, słabo, Grzegorz zaproponował żebym robiła tylko tę prostszą część z nich, podnosząc się normalnie i skupiając na powolnym opuszczaniu ciała. Podobnie z drążkiem, na którym za nic nie byłabym w stanie sama się podciągnąć – samo stopniowe opadanie też dało mięśniom popalić :)

Niewątpliwą zaletą kalisteniki jest to, że nie wymaga praktycznie żadnego sprzętu poza kawałkiem podłoża i w miarę możliwości drążkiem. To znaczy, że można ćwiczyć praktycznie wszędzie. W domu, w parku, w lesie, na plaży. Gdziekolwiek mamy ochotę. Grzegorz robi co może, żeby wyciągać ludzi na powietrze i robi to naprawdę dobrze. Może kojarzycie, że w Gdańsku od pewnego czasu pojawiają się kolejne konstrukcje z różnymi drążkami, tzw. parkour parki albo, bardziej po polsku, Place Sportów Miejskich? To między innymi jego zasługa!

Takie place zabaw dla dorosłych znajdziecie np. we Wrzeszczu koło Pachołka i na ul. Hallera (okolice ul. Okrzei), na Zaspie czy w Jelitkowie. Jeśli w dzieciństwie lubiliście wywijać na trzepaku, być może spodoba się Wam też większa, bardziej rozbudowana wersja?

Czy warto było się tak męczyć z tym treningiem?

Jak najbardziej! Choć regularne spotkania z trenerem na razie nie mieszczą mi się w budżecie, nawet taki krótki kontakt to solidny kop motywacyjny. Zobaczyłam, że jestem w stanie wycisnąć z siebie więcej, niż mi się wydawało, a zdjęcie z tą gigantyczną oponą do dziś trzymam na pulpicie dla poprawy humoru. A może nawet spróbuję wybrać się do jednego z tych parkour parków który zupełnie przypadkiem mam w pobliżu. Skoro już zdecydowałam się na 18 kilogramów roweru to i trochę mięśni w rękach by się przydało :)

Wpis powstał we współpracy z Grzegorzem Niecko (Trener Bardzo Osobisty). Byłam, ćwiczyłam, polecam :)

  • Karolinaa

    Witam, ja już od pół roku korzystam z usług http://aktywnytrener.pl/ i jestem zadowolona. Nasze treningi nie przypominają wf ani nie są to nudne ćwiczenia na siłowni. Poza tym mój trener umie mnie zmotywować, z czym zawsze miałam problemy.