Pozwólcie ludziom przejść

Wyspianskiego_GoogleMaps

Gdańsk, przystanek Wyspiańskiego, ok. 9 rano. Wysiadam z tramwaju, razem ze mną kilka, kilkanaście osób czeka na zielone światło. Z prawej, też na czerwonym, stoją trzy rzędy samochodów. Patrzymy na siebie, my na nich, oni na nas, z nudów zdążyliśmy już zapamiętać numery ich tablic rejestracyjnych. I nadal mamy czerwone.

Wreszcie najmniej cierpliwy pieszy, być może przekonany że światła się zwyczajnie zepsuły, wchodzi na jezdnię… i wtedy samochodom zapala się zielone.

BzM_Skrzyzowanie_1-rys

Nie ma lekko – ponieważ muszę dostać się na drugą stronę torów SKM, to dopiero początek drogi. Z trzech kolejnych świateł dwa (teraz już jedne) są wzbudzane przyciskiem, i tu również liczą się ułamki sekundy. Przy przejściu z cyfrą trzy można by już ustawić jakąś ławeczkę dla oczekujących :)

Niedawno z ostatnich świateł zniknął przycisk i zapalają się bez próśb i błagań. Czyżby coś się zaczynało dziać?

Wiecie, co denerwuje mnie najbardziej? Nie, wcale nie to że trzeba pokonać tyle świateł. To w końcu spore skrzyżowanie, ruch na cztery strony świata i każdemu trzeba dać możliwość bezkolizyjnego przejazdu czy bezpiecznego przejścia.

Ale niezmiennie wkurza mnie sytuacja, kiedy z powodu 0,01 sekundy spóźnienia z wciśnięciem przycisku muszę czekać na następną kolejkę, podczas gdy to, przed czym światła mnie bronią, RÓWNIEŻ stoi na czerwonym.

Sygnalizacja wzbudzana przez pieszych, tak to ładnie nazywają. Rozumiem(*) montowanie takich patentów na mało uczęszczanych przejściach, gdzie piesi pojawiają się sporadycznie. Ale na ruchliwych skrzyżowaniach, gdzie w ciągu dnia przy każdym cyklu mamy kilku, kilkunastu chętnych na przejście, a zielone dla  nich w żaden sposób nie wpływa na sygnalizację dla kierowców?

Co najważniejsze, taka opcja bywa zwyczajnie niebezpieczna. Wróćmy do sytuacji z początku wpisu, którą na tych jednych tylko pasach widziałam już dziesiątki razy.
Stoimy więc sobie na czerwonym, czekamy grzecznie, kątem oka widzimy samochody, które też stoją. Wszystko stoi. Na początku nie ma w tym nic dziwnego, ale po dłuższej chwili takiego stania i patrzenia ktoś w końcu traci cierpliwość. Albo zwyczajnie zakłada, że musi być jakaś awaria, bo to przecież niemożliwe żeby wszyscy na raz stali. Sama tak pomyślałam, jadąc do pracy pierwszego dnia.
Więc ta osoba, albo kilka osób postanawia iść. Wprost pod samochody, którym właśnie po latach oczekiwania zapaliło się zielone. Bezpieczeństwo? Zapomnijcie!

Raz czy dwa zdarzyła się na tych światłach awaria. Żadnych świateł, wolna amerykanka, miejska dżungla w czystej postaci. I wiecie co?
Przedostałam się na drugą stronę o połowę szybciej, niż zazwyczaj. W jednym, niepotrąconym przez żaden pojazd kawałku. Da się?

Bardziej przyjazne ustawienie sygnalizacji świetlnej, oto kolejne pole do manewru dla akcji „Miasto musi być dla ludzi” :)

Zdjęcia: Google Maps

(*) Rozumiem, że montuje się je u nas, chociaż powstał cały arsenał nowocześniejszych rozwiązań. O nich już niedługo!