Moje siedem pierwszych miast

Ten motyw przewinął się przez internet tyle razy, że chyba nie muszę tłumaczyć na czym polega. Choć owszem, pod wpływem popularności #myfirst7jobs sama zaczęłam przypominać sobie wszystkie swoje dotychczasowe zajęcia, na blogu podzielę się  z Wami czymś innym.

Najwyższy czas aby na Blogu z Miasta faktycznie pojawiło się trochę miast. Dziś będzie ich aż siedem :)

Od zawsze marzyłam o mieszkaniu w prawdziwym mieście. Takim dużym, z komunikacją miejską, autobusami, szumem samochodów, mnóstwem świateł (uwielbiam miasto po zmroku!), parków, ruchomych schodów i mnóstwem miejsc do których można pójść i w których jeszcze mnie nie było. Od zawsze lubiłam ten przebrzydły beton i wykorzystywałam każdą okazję żeby się do jakiegoś miasta przejechać, wprosić, pochodzić chociaż.

W ostatnim czasie widzę trend dokładnie odwrotny: mam wrażenie, że częściej marzy się o domku pod lasem albo na innym odludziu, niż o mieszkaniu w środku miasta. Wszystko super. Tyle tylko, że po kilkunastu latach mieszkania w małym mieście dobrze wiem, że w takim domku pod lasem dostałabym chyba szału :)

Dziś mała podróż w czasie. Siedem miast, które poznałam najlepiej, od tych, które tylko odwiedzałam do tych, w których spędziłam dobre kilka-kilkanaście lat. Kolejność mniej więcej chronologiczna.

#1
Gdynia

Zdjęcie: Michał Dymek (licencja CC)
Zdjęcie: Michał Dymek (licencja CC)

Na blogu ciągle ten Gdańsk i Gdańsk, ale to Gdynia jest moim pierwszym miastem. Choć nie mogę pamiętać czasu, kiedy tu mieszkaliśmy, od zawsze to Gdynię traktowałam jak swoją. Tu mam większość rodziny, tu przez lata spędzałam większość wakacji i ferii, tu mam cukiernię która nazywa się tak jak ja.

Co złośliwsi twierdzą, że Gdynia to w sumie taka sypialnia i nie ma tu nic ciekawego. Nic bardziej mylnego! Tutaj krótka relacja z zeszłorocznego spaceru, chyba muszę przygotować jakiś osobny wpis o najciekawszych miejscach. Gdynia ma swoje zalety – w sezonie jest chyba mniej zalana turystami niż Gdańsk, a większość z nich koncentruje się w okolicy plaży. Widać to po mijanych na ulicy ludziach, przez co wszystkim trochę udziela się wakacyjny klimat. W porównaniu do Gdańska, dużo łatwiej też znaleźć miejsce na obiad/kawę/deser nawet w porze typowo obiadowej.

Dzięki Gdyni wiem, że uwielbiam morze i po prostu muszę mieć je w pobliżu niezależnie od pory roku.

Pamiętam kino Goplana i wesołe miasteczko przy Skwerze Kościuszki.

#2
Tuchola

Źródło: Google Street View
Źródło: Google Street View

Wcale nie miałam ochoty dodawać jej do tego zestawienia, ale trudno, po starej znajomości, niech jest :)

Nadal trudno mi myśleć o Tucholi jak o prawdziwym mieście, bo i trudno porównywać 20-tysięczną mieścinę do miasta, które zmieściłoby jej mieszkańców na jednym osiedlu. Wystarczająco duża, żeby mieć wszystkie potrzebne szkoły, wydawać dowody i prawa jazdy. Wystarczająco mała, żeby po ważniejsze sprawy czy większe zakupy i tak musieć jechać do Chojnic albo Bydgoszczy.

Te kilkanaście lat nie wystarczyło, żeby polubić to miasto albo uznać za swoje. In starsza byłam, tym bardziej wszystko mnie tam wkurzało, od tego że wszystkie koleżanki mieszkają poza miastem (i nie ma dobrego dojazdu, albo nie ma dojazdu wcale), przez to, że wieczorem nie ma dokąd pójść, do tego że jak już się gdzieś wyjdzie, to zaraz spotyka się kogoś znajomego. Wiem, że dla wielu osób właśnie takie miasteczko jest szczytem marzeń, ale ja już po kilku dniach dostaję tam bzika.

Dzięki Tucholi wiem, że nie wyobrażam sobie mieszkać w małym mieście, gdzie wszyscy wszystkich znają, wszystko o wszystkich wiedzą, a większość aktywności towarzyskich wymaga samochodu (albo, w przypadku młodzieży bez prawa jazdy, ciągłego Taatooooo……).

Pamiętam jak jeszcze w liceum chciałyśmy spotkać się w weekend z koleżankami, do których nie jeździł ŻADEN autobus. Zrobiłam za jednym zamachem 120 kilometrów samochodem, jadąc po jedną, potem do drugiej, a po wszystkim odwożąc tę pierwszą.
W tym miejscu gorące pozdrowienia dla mojego Taty który zawsze bez problemu pożyczał samochód :)

#3
Bydgoszcz

Zdjęcie: Centralniak (licencja CC)
Zdjęcie: Centralniak (licencja CC)

Gdy mieszkałam w Tucholi, to było najbliższe duże miasto. Tam jeździło się załatwiać wszystkie ważne sprawy, tam mieli supermarkety, kino, McDonaldsa, wszystko, co miasto mieć powinno. Zabawne, że choć robiąc prawo jazdy spędziłam dobre kilkadziesiąt godzin jeżdżąc w kółko jako kierowca albo pasażer, zupełnie nie przełożyło się to na znajomość miasta czy rozkładu ulic.

Mówiło się na nią Brzydgoszcz, bo faktycznie na pierwszy rzut oka była szara, obdrapana i mało zachęcająca. Od kilku lat dzieje się tam jednak coś niesamowitego. Kojarzycie, jak zmieniła się ostatnio ulica Wajdeloty w Gdańsku? To chyba dobre porównanie do tego, co dzieje się ostatnio z centrum Bydgoszczy. Odnowiona dzielnica tętni życiem, aż miło patrzeć.  Jeśli tylko macie okazję, zobaczcie na własne oczy!

Dzięki Bydgoszczy wiem, że można spędzić mnóstwo czasu w mieście i nadal nie mieć pojęcia jak się po nim poruszać.

Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy jakieś trzy lata temu przyjechałam tu po dłuższej przerwie i zobaczyłam, że duża część miasta nie zasługuje już na miano Brzydgoszczy, a ogródki na rynku tętnią życiem w porze, kiedy Gdańsk dawno już zasypia.

#4
Oslo

Zdjęcie: Amaya & Laurent (licencja CC)
Zdjęcie: Amaya & Laurent (licencja CC)

W Oslo byłam łącznie trzy, może cztery razy i spędziłam tam na raty co najmniej 6-7 tygodni. Całkiem sporo, choć od ostatniej wizyty minęło już trochę czasu i ciekawa jestem, czy w ogóle pamiętam jeszcze rozkład ulic. Pamiętam za to kontrast w porównaniu do wspomnianej wyżej Tucholi. Było jakoś tak ładnie, zielono, ludzie się uśmiechali, a jak raz zdarzyło mi się zostawić gdzieś plecak – po ponad godzinie wciąż był na miejscu. To jeszcze były te czasy, kiedy można było zapomnieć bagażu bez konsekwencji w postaci najazdu policji i antyterrorystów…

Oslo jest pierwszym miastem, które miałam okazję pozwiedzać trochę sama. Sama-sama, mimo zaledwie 13-14 lat na karku, słabej znajomości okolicy i zerowej norweskiego. Już wtedy zdałam sobie sprawę że właśnie taki sposób poznawania miasta najbardziej mi odpowiada. Po swojemu, we własnym tempie, zaglądając w te wszystkie zakamarki które innym wydają się nudne.

Dzięki Oslo dowiedziałam się, jak bardzo odpowiada mi samotne włóczenie się po mieście i nabrałam odwagi w samodzielnym poruszaniu się po zupełnie obcych terenach.
I zdałam sobie sprawę, że istnieje taki świat, w którym pieszy naprawdę ma pierwszeństwo i nawet na środku jezdni może czuć się bezpiecznie.

Pamiętam że mając 13 lat wróciłam stamtąd samolotem. Sama, z przesiadką w Kopenhadze. Rok później wracałam też sama, tym razem przesiadając się z autobusu na prom. Do teraz, jeśli kiedykolwiek najdą mnie wątpliwości jak poradzę sobie gdzieś sama, przypominam sobie, że skoro wtedy, będąc właściwie dzieckiem, z ułamkiem obecnej znajomości angielskiego, poradziłam sobie na dużym lotnisku w obcym kraju – to niestraszna mi żadna przesiadka w Polsce :)

#5
Poznań

Zdjęcie: Marcin Latałło (licencja CC)
Zdjęcie: Marcin Latałło (licencja CC)

Do Poznania zaczęłam regularnie jeździć chyba jeszcze w gimnazjum, na kilka dni albo tydzień. Tu również moje wizyty często polegały na ulubionym włóczeniu się po mieście, po sklepach, jeżdżeniu w tę i z powrotem tramwajami, zaglądaniu we wszystkie interesujące mnie zakamarki. A jest ich jest naprawdę sporo, i za każdym razem odkrywałam kolejny.

Z Poznaniem najbardziej kojarzy mi się to, że z niewiadomych powodów zawsze nieco się w nim gubiłam. Jak w większości miast szybko kojarzę co, gdzie, i w którym kierunku powinnam iść, tak w Poznaniu często ogarnięcie tej kwestii zajmowało mi nieco więcej czasu niż zwykle.

Dzięki Poznaniowi, w którym biletów nie można ot tak, spontanicznie kupić w autobusie, nauczyłam się żeby zawsze kupować je wcześniej i mieć jakiś zapasowy w portfelu.

Pamiętam że to właśnie w Poznaniu pierwszy raz ogarnęłam fakt, że przystanek o tej samej nazwie może znajdować się w dwóch zupełnie różnych miejscach skrzyżowania.

#6
Gdańsk

gdansk

Moje pierwsze wspomnienie związane z Gdańskiem, to zazdrość połączona z irytacją, że on jest na większości map (np. przy prognozie pogody), a moja Gdynia nie :) Aż do przyjazdu na studia nie znałam go jednak praktycznie wcale, i całkiem możliwe że właśnie dzięki temu czytacie teraz tego bloga – kto wie, czy tak samo interesowałabym się tymi wszystkimi miejscami gdybym od dziecka znała je na pamięć?

Mieszkam tu od dziewięciu lat. I jest tyle rzeczy, które chciałabym napisać w tym akapicie, że zostawię to sobie na osobny wpis.

Pamiętam, że na początku – w czasach jeszcze przedsmartfonowych – najważniejszym i najczęściej używanym gadżetem była duża, papierowa mapa miasta. Pamiętam nerwowe liczenie przystanków tramwajowych żeby na pewno wysiąść na tym dobrym. I to wielkie zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że będąc we Wrzeszczu wcale nie jestem w Gdańsku :)

Dzięki gdańskiej sieci ścieżek, ciągnących się do samego morza, po latach przerwy znów wsiadłam na rower i zaczęłam jeździć. Jeżdżę nadal.

#7
Kraków

krakow

Zaczęło się zwyczajnie – miał tam jechać mój tata, więc planowałam zabrać się z nim. Jego wyjazd odwołano, ale ja się wkurzyłam i stwierdziłam, że skoro tak, to pojadę sama. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, rzuciłam wszystko (z zajęciami na uczelni tuż przed sesją włącznie), i pojechałam tam na cały tydzień. Rok i dwa lata później robiłam dokładnie to samo, nawet jeśli te kilkanaście godzin w pociągu spędziłam licząc całki do kolokwium. Jakie było moje zdziwienie, gdy któreś równanie nijak nie chciało mi wyjść, aż wreszcie siedzący obok pasażer nie wytrzymał i pokazał gdzie robię błąd :)

Kraków spodobał mi się tak bardzo, że pod koniec trzeciego roku studiów zupełnie serio przymierzałam się do przeprowadzki. Na tyle serio, że siedziałam już w dziekanacie AGH rozmawiając na temat szczegółów takiej zmiany, do czego w końcu z różnych przyczyn nie doszło. Zresztą, i tak mam szczęście że w ogóle te studia skończyłam, biorąc pod uwagę że na pierwszym roku studiów zaliczyłam zarówno Wawel jak i przejście przez Bramę Floriańską. Dwie z trzech rzeczy, których podobno na pierwszym roku absolutnie nie wolno robić :)

Dzięki Krakowowi przekonałam się, że ta część Polski wcale nie leży tak daleko, a opcja wskoczenia do pociągu w piątek i powrotu w niedzielę wcale nie jest tak szalona, jak mogłoby się wydawać.

Pamiętam pierwsze wrażenie, kiedy przyzwyczajona do w miarę grzecznych akademików w Gdańsku, zobaczyłam jedną wielką imprezę na terenie AGH i dowiedziałam się, że oni tak mają na co dzień :)

Siedem miast. Do każdego z nich mam pewien sentyment, ale wiem jedno  – gdziekolwiek nie pojadę, i tak jestem przeszczęśliwa jak znów widzę swój Gdańsk :)

  • Oj tak, kochana Brzydgoszcz :) ja mieszkałam tam 5 lat i kocham to miasto całym sercem. Mimo, ze jestem z Torunia :D

    • Im lepiej poznaję Bydgoszcz tym bardziej mi się tam podoba. Szczególnie teraz, kiedy zauważyli że tę wodę w centrum miasta można fantastycznie wykorzystać. Mam nadzieję że Gdańsk weźmie z nich przykład :)

  • Zaliczyłem Gdańsk, Kraków i Poznań (całkiem niedawno). Z pozostałych najbardziej ciągnie mnie do Oslo ;)