Rower stacjonarny

Stop dyskryminacji rowerów stacjonarnych!

Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że styczeń 2018 zacznę nie tylko z aktywnym karnetem, ale i dwiema parami butów na siłownię, w tym jedną specjalnie do biegania (JA! BIEGANIA!)… ha, uśmiałabym się.

Tymczasem, minął rok, a cuda z pierwszego zdania nie tylko są prawdziwe, ale stało się coś jeszcze. W 2017 roku spędziłam na rowerze stacjonarnym więcej czasu, niż na prawdziwym! I jako jeden z tych frajerów płacących za możliwość pedałowania w zamkniętym pomieszczeniu jak jakiś chomik w kołowrotku, muszę w końcu napisać coś w jego obronie.

Być może dla niektórych z Was pierwsze skojarzenie z hasłem „rower stacjonarny” wygląda mniej więcej tak:

I tak, przyznaję, mi też zdarzało się kiedyś podśmiechiwać, że idę nie na zwykły rower, tylko na outdoor cycling. Dopóki nie spróbowałam sama – najpierw luzem, w ramach rozgrzewki, potem już na regularnych zajęciach. I choć za pierwszym razem przesadziłam i wyszłam z tych zajęć ledwie zipiąc, szybko stały się stałym elementem tygodnia. Na początku dlatego, że ja i moje mięśnie byłyśmy z rowerem oswojone, więc tego rodzaju wysiłku bałam się mniej niż na przykład ćwiczeń siłowych. Potem dlatego, że szybko zobaczyłam pozytywne efekty. I zwyczajnie polubiłam taki rodzaj treningu.

Po pierwsze: potrafię więcej! Dzięki temu, że na rowerze stacjonarnym mogę bez obaw dać z siebie wszystko (o tym za chwilę), na prawdziwym rowerze jestem w stanie pojechać coraz dalej i w trudniejszym terenie. Ba, nareszcie jestem w stanie wnieść rower do mieszkania, co prawda jeszcze z zadyszką, ale już bez przystanków po drodze :) Biorąc pod uwagę, że cała ta zabawa z siłownią miała na celu dać mi więcej siły na rower, chyba idę w dobrym kierunku.

Po drugie: technika. Niby nic wielkiego, niby rower stacjonarny różni się od tego prawdziwego, a jednak – kiedy nagle w terenie potrzebowałam wstać, z zaskoczeniem poczułam jak każdy mięsień wskakuje na właściwe miejsce, a setki razy powtarzane wstajemy, siadamy, góra, dół zadziałało w pełni automatycznie. Dla starych wyjadaczy to może nic nowego, ale w przypadku świeżaka na pierwszej przejażdżce porządnym MTB zrobiło wrażenie.

Co takiego ma rower stacjonarny, że czasem wolę go od zwykłego?

  • Na siłowni nie ma deszczu, wiatru, lodu, i wszystkich innych pogodowych atrakcji, które zniechęcają do jazdy w terenie. A że w zeszłym roku pogoda polegała głównie na różnych kombinacjach pada-leje-zimno-wieje, to jazda w suchym, bezwietrznym miejscu stawała się jeszcze bardziej kusząca. Gdyby nie te zajęcia, przez sporą część roku nie ruszałabym się prawie wcale. Niby zamiast na rower mogłabym iść na bieżnię (a jakże, chodzę), ale moje kolana są dla niej dużo mniej tolerancyjne.
  • Można skupić się na jeździe zapominając o światłach, dziurach, skrzyżowaniach i o tym, czy jakiś pieszy albo samochód nie właduje się nam prosto pod koła. Tym bardziej, że mój mózg ma paskudny zwyczaj wyłączania myślenia przy dużym zmęczeniu i tak mocny trening warunkach miejskich byłby zwyczajnie niebezpieczny.
  • Można też dowolnie dobierać opór i prędkość „jazdy”, nie łamiąc przy tym przepisów ani nie stwarzając zagrożenia na drodze.
  • Nie trzeba martwić się, że źle rozplanujemy siły i padniemy gdzieś daleko od domu, albo że przerośnie nas wybrany podjazd. Na rowerze stacjonarnym zawsze można usiąść, zwolnić, zmniejszyć opór, a jakkolwiek ciężko nie pojedziemy, do domu zawsze będzie tak samo daleko. Nie ma też obaw o złapanie gumy czy inną awarię.
  • A jednocześnie, jadąc samodzielnie, w życiu nie zmęczyłabym się tak jak wtedy, kiedy jedziemy w grupie z trenerem który nadaje tempo. Nie myślę, czy to za mocno, za dużo, tylko podkręcam opór i robię, co każą. oza tym, na siłowni, czy raczej klubie fitness do którego chodzę, prowadzący są tak sympatyczni i pełni energii że po prostu chce się iść jeszcze raz :)
  • Mogę ćwiczyć z innymi wiedząc, że nie popsuję im zabawy. Wiem, że są darmowe grupowe treningi MTB w terenie (na przykład tu), ale jeszcze się na nie nie decyduję się bo wiem, że najpewniej byłabym tym jednym rowerzystą wlokącym się z tyłu i spowalniającym wszystkich.

Żeby nie było tak różowo, rower stacjonarny na siłowni ma też swoje wady. Nie lubię go na przykład:

  • za styczeń na siłowni… Tłumy w szatni, omamione corocznym „nowy rok, nowa ja”, poszukiwanie wolnych szafek i bieg, żeby zająć rower w ulubionym miejscu;
  • za to, że trzeba przeżyć towarzystwo innych spoconych i stękających osób;
  • za głośną muzykę i mocne światła. To różni się w zależności od prowadzącego, ale często na zajęciach przypominam sobie dlaczego tak lubię pojechać gdzieś gdzie będzie tylko cisza i ja;
  • za to, że mimo wszystko, jest się w zamkniętym klimatyzowanym pomieszczeniu a nie na przykład nad morzem;
  • za te wszystkie razy, kiedy osoba przede mną nie wytarła po sobie roweru…
  • i za to, że „prawdziwi” rowerzyści czasem się z nas śmieją :)
  • Borubar

    Zdecydowanie zalecam powrót do Gdańska, w zeszłym roku pogoda w Gdańsku była idealna do jazdy. Praktycznie zero deszczu. To że w sierpniu jeździłem codziennie do pracy i z pracy na rowerze i nie trafiłem na deszcz ani razu to jeszcze normalne – to nie pierwszy taki sierpień (jak padało to w nocy).
    Ale w zeszłym roku podobnie było w październiku i listopadzie. Czegoś takiego nikt się nie spodziewał.
    Dopiero w grudniu trzeba było wyciągnąć samochód z garażu ale to tylko na kilka dni – przez większość grudnia nadal była piękna pogoda do jazdy na rowerze, nawet w święta nie było śniegu.
    Zima przyszła dopiero 16 stycznia tego roku … i wygląda na to że już się skończyła – wczoraj było rozpoczęcie sezonu wiosennego, dzisiaj dla odmiany deszczowo – ale w weekend znów ma być ładnie.

    • To chyba mieszkamy w dwóch różnych Gdańskach :) W tym, który znam, padało zdecydowanie za często.

  • Ja nie chodzę na siłkę, ale mój narzeczony uwielbia jeździć na rowerze stacjonarnym. Sama czekam aż się ociepli :D

    • Też nie mogę się doczekać cieplejszych dni. Próbowałam wyjechać na rower tydzień temu, ale oblodzone drogi rowerowe niestety mnie pokonały.

      • enkidu

        mnie nie pokonały. Dzień w dzień na siodełku. Wprawa przychodzi z czasem ;)