Dlaczego trzymam rower na klatce schodowej?

Pełna wersja tytułu powinna brzmieć: dlaczego nadal trzymam rower na klatce schodowej, mimo że jeden już mi z niej ukradli?

Po lipcowej kradzieży roweru, oprócz wyrazów współczucia, dostało mi się też kilka niepochlebnych komentarzy. Rower na klatce schodowej, jak tak można, co za głupota, sama sobie winna. Ostatnio trafiłam na podobne wypowiedzi i stwierdziłam, że rozwinę nieco temat.

Bo wiecie, swoją Gazelę, kupioną w miejsce skradzionego roweru… bez wahania postawiłam i stawiam nadal w dokładnie tym samym miejscu.

Zdjęcie: Alexander Andrews (licencja CC)
Zdjęcie: Alexander Andrews

W wymarzonym rowerowym świecie każdy budynek mieszkalny wyposażony jest w wydzieloną na parterze rowerownię, w której nasz ukochany sprzęt jest bezpieczny jak w skarbcu. W prawdziwym życiu takie sytuacje nie zdarzają się tak często i wielu z nas jest zadowolonych, jeśli ma w ogóle gdzie swój rower trzymać.

Wypróbowałam już wiele opcji zakwaterowania. Od akademików, przez blokowisko, domek jednorodzinny, po kamienicę. Dość szybko zauważyłam, że to, gdzie trzymam rower jest bardzo mocno związane z tym, jak często go używam. Wydobycie roweru z akademikowej rowerowni potrafiło zająć nawet kilkanaście minut, nic dziwnego że rzadko się na to decydowałam. Z kolei wynajmując pokój w domku jednorodzinnym z wygodnym garażem, zaczęłam jeździć tak często, że aż powstał z tego blog :)

Od ponad roku mieszkam w kamienicy, której właściciel nie uznał za stosowane wyposażyć w piwnicę. A rowerów w budynku jest naprawdę sporo, stoją więc na klatce schodowej i na piętrach, większość z nich zwyczajnie oparta o ścianę. Choćbyśmy chcieli, zwyczajnie nie ma ich do czego przypiąć. Obok rowerów pojawiają się często 2-3 wózki dziecięce, które zdaje się wcale nie są od rowerów tańsze.

Czyżby połowa mieszkańców kamienicy nagle oszalała?

Nie. Po prostu, znając zalety takiego rozwiązania, bierzemy potencjalne ryzyko na klatę, tym bardziej że uważam naszą klatkę schodową za całkiem bezpieczną. Kilka (w porywach – kilkanaście) innych rowerów też stoi sobie spokojnie, mimo wywieszonego przeze mnie ogłoszenia o kradzieży.

Owszem, szkoda mi bardzo starego roweru. Żal, żal i serce płacze, już go więcej nie zobaczę. Ale widzę ogromną różnicę w częstotliwości wyjść na rower w porównaniu do poprzedniego mieszkania, w którym musiałam walczyć z rowerem w ciasnej piwnicy. Albo z miesiącami po kradzieży roweru, zanim kupiłam Gazelę i doprowadziłam ją do stanu używalności.

Zdjęcie:  Alexander Shustov
Zdjęcie: Alexander Shustov

Rower na klatce schodowej po prostu jest. Tu i teraz, bez wynoszenia z piwnicy, bez dźwigania po schodach. Choć trzy piętra wyżej czeka na mnie nowy, lepszy, wygodniejszy trekking, często sama wizja znoszenia i wnoszenia go po schodach wystarcza, żeby zniechęcić do jazdy. Na pewno nie chciałby mi się nosić go tak codziennie przed wyjściem do pracy. A tak? Po prostu zaczepiam torbę i jadę. Zalet częstej jazdy rowerem chyba nie muszę Wam tu przypominać :)

Podobnie jak większość mieszkańców, nie zostawiłabym beztrosko na klatce droższego roweru. Ale taki „zwykły” użytkowy zostawiam i bardzo sobie to rozwiązanie chwalę.

W ramach ciekawostki, policzyłam, ile mnie ta lekkomyślność kosztuje. Za stary rower, w stanie pozwalającym na regularne dojazdy do pracy zapłaciłam ok. 300 zł. Mogłabym mniej, ale uparłam się na Rometa :) W ciągu ostatnich 18 miesięcy „tylko” raz potrzebowałam takiego zakupu, co oznacza, że trzymanie roweru na klatce schodowej kosztowało mnie jak dotąd niecałe 17 zł miesięcznie. Mniej, niż dwie godziny roweru z wypożyczalni, sześć biletów na tramwaj albo jednorazowe wejście na siłownię.

Jeśli za te 17 zł mogę dostać dodatkowe 10 minut spokoju rano, porcję mało męczącego ruchu i dotlenienia dwa razy dziennie, lepszą kondycję i dodatkowe punkty do lansu za „jak to, rowerem do pracy w grudniu?!”, wchodzę w to bez wahania :)

Oczywiście, jeśli tylko mamy taką możliwość, nawet na tej klatce schodowej warto się do czegoś przypiąć. U mnie goła ściana nie daje zbyt wiele możliwości, przypinam więc rower sam do siebie – ramę z tylnym kołem.

A jutro znowu wstanę 10 minut później :)

Gdzie trzymacie swoje rowery? Jest tu ktoś tak „lekkomyślny” jak ja?

  • eV

    Nie mam własnego roweru w Gdańsku, ale gdybym miała, pewnie też postawiłabym go na klatce (o ile sąsiedzi nie mieliby nic przeciwko). Przekonała mnie Twoja kalkulacja – rzeczywiście szkoda czasu i nerwów na oszczędzenie tych 50 groszy dziennie. Gorzej, jeśli rower zniknie dwa dni po zakupie. Niestety, żyjemy w takim kraju :/.

    • Maciej Rutecki

      Wbrew pozorom w naszym kraju aż tak się nie kradnie rowerów. W Holandii krąży żart, że rower jest tam statystycznie kradziony dwukrotnie w ciągu swojego użytkowania. :-) W samym Amsterdamie chyba ginie rocznie 80-90 tysięcy (piszę z pamięci) na milion rowerów. A Holendrzy kochają solidne zapięcia (w szczególności ciężkie łańcuchy). U nas rządzą linki, więc to uwzględniając albo mamy mało złodziei, albo są pierdoły.

      • eV

        Pytanie: jak to wygląda w przeliczeniu na liczbę rowerów (tych używanych, a nie trzymanych głęboko w piwnicy przez 10 lat). Jak na to nie patrzeć, i tu i tu zdecydowana większość osób nie kradnie rowerów – wystarczy że znajdzie się taka jedna s „innej” moralności i już po rowerze.

        • Maciej Rutecki

          W Amsterdamie (i w całej Holandii) na pewno nie trzymają ich głęboko w piwnicy, o nie. :-) Zabrzmi to dziwnie, ale — będąc wielkim fanem rowerów miejskich — po przyjeździe do Amsterdamu, byłem przytłoczony i nieco spacyfikowany przez rowerzystów wokół mnie. Ciężko to opisać nie widząc, ale miejsca parkingowe dla rowerów są w liczbie ćwierć miliona (i cudem jest znaleźć jakieś wolne). Rowery są wszędzie. :D

          Sprawdziłem dokładniej: w 2014 zginęło 85 tysięcy rowerów, zaś 23 tysiące wylądowało w kanałach. Rowerów (używanych) szacuje się na 880 tysięcy.

          • eV

            Miałam na myśli w drugą stronę – że nawet jeśli w Polsce jest podobna liczba rowerów przypadających na mieszkańca, to u nas większość stoi nieużywana. To może być powodem, dla którego to tam kradnie się więcej rowerów niż u nas.

          • Maciej Rutecki

            A to całkiem możliwe, tam większość parkuje na zewnątrz, co dla mnie było kompletnym zaskoczeniem.

            Aż się rozmarzyłem: chciałbym mieć jeszcze jednego „holendra”, ale klasycznego z wielkim bagażnikiem z przodu… ;-)

          • eV

            Ja wciąż liczę na rowery miejskie w Gdańsku :)

    • Kradzież po dwóch dniach to byłby wyjątkowy pech… Z drugiej strony, myślałam, że z wielu dostępnych rowerów złodziej wybierze jakiś porządniejszy – a ukradł najtańszy i najstarszy z nich wszystkich :)

  • Maciej Rutecki

    Ja jednak trzymam go w mieszkaniu ze wszystkimi tego wadami: dźwiganie na 2 piętro po wąskiej klatce schodowej, konieczność wyczyszczenia go przed wniesieniem (na szczęście nie wymaga to jakiś specjalnych zabiegów i trwa kilkanaście sekund).

    Pomijając fakt, że u nas regulamin (i przepisy p-poż) nie pozwalają na blokowanie przejścia klatką schodową, to nie ma go gdzie przypiąć, a ulotki w skrzynce pocztowej tylko potwierdzają, że staranne zamykanie drzwi i domofon, to tylko chyba bezdomnym nie pozwalają wejść.Rower po kilku latach nadal ma swoją wartość i trochę go szkoda.

    Z drugiej strony muszę Ci przyznać: nie rozumiem do końca wypowiedzi ludzi, którzy nie zalecają takiego zostawiania roweru (nawet solidnie przypiętego), a sami przecież przez 8h gdzieś go parkują jak są w pracy. A nie ma wtedy szans mieć go na oku. OK — w nocy łatwiej kraść i jak złodziej wyczai, że rower jest stale w tym samym miejscu zostawiany na noc, to ma prościej.

    • Może jakbym była facetem to też by mi codzienne noszenie po schodach nie przeszkadzało :) Nowszego, droższego trekkinga trzymam już w mieszkaniu, ale nawet gdy był moim jedynym rowerem, ten wysiłek mocno zniechęcał mnie do codziennej jazdy.

      „Pomijając fakt, że u nas regulamin (i przepisy p-poż) nie pozwalają na blokowanie przejścia klatką schodową, to nie ma go gdzie przypiąć, a ulotki w skrzynce pocztowej tylko potwierdzają, że staranne zamykanie drzwi i domofon, to tylko chyba bezdomnym nie pozwalają wejść.Rower po kilku latach nadal ma swoją wartość i trochę go szkoda.”
      Myślę, że to w dużej mierze wypadkowa warunków w budynku i samego roweru. Są takie klatki, że ledwie się z zakupami obrócisz, a co dopiero z rowerem. U mnie akurat jest miejsce i jak widać wiele osób z tego korzysta. Dwoje szczęśliwców załapało się nawet na miejsca przy poręczy, do której mogli się przypiąć.

      Trzeba też przyznać, że nowy-stary rower kupowałam dobrze wiedząc, w jakich warunkach będzie trzymany. Ustaliłam sobie te 300zł jako górną granicę ceny. W moim przypadku zalety z trzymania roweru w łatwo dostępnym miejscu są na tyle duże, że jestem skłonna to ryzyko podjąć :)

  • HD

    Dobrym rozwiązaniem byłoby zamontowanie do ściany na klatce metalowego ucha na stałe ale to zależy czy sąsiedzi nie będą mieli nic przeciwko bo jak każdy wie są sąsiedzi i sąsiedzi…

    • Nawet jakby takie ucho przeszło, to jest kilkanaście rowerów w kolejce, a ściana tylko jedna. Już i tak toczę latem codzienną walkę o utrzymanie swojej pozycji :)

  • EM

    Mam holenderkę, trzymam ją przypiętą do barierki na zewnątrz bloku. Używam U-locka spinam przednie koło, ramę i tą barierkę. Wygoda jest z tego ogromna, bo odpada noszenie na piętro roweru. Minus trzeba czasami odszronić siodełko ;P

    • Brak konieczności dźwigania roweru to chyba największa zaleta, szczególnie w przypadku tych ciężkich rowerów miejskich. Mam nadzieję, że na rynku szybko wyczują lukę i budując nowe/remontując stare budynki zaczną w końcu myśleć o rowerzystach. Wygodna, bezpieczna rowerownia to chyba nieduży koszt, a na pewno zwróciłby się w cenach mieszkań :)
      Na siodełka są fajne pokrowce, sama używam takiego zostawiając rower w pracy, w ten sposób co prawda nadal bywa zimne, ale przynajmniej jest czyste i suche :)

  • Magda

    Mi także ukradli rower na początku lipca w Gdańsku. Miałam go w piwnicy. Pod wpływem emocji szybko ruszyłam do akcji. Policja ruszyła także. I chociaż jest piętnaście minut drogi, to dojechali w jakąś godzinę i piętnaście minut. Zdesperowana, w międzyczasie weszłam na olx. BINGO. Mój rower znalazł się! Co prawda bez światełek, błotników i z innym siodełkiem, ale nie szkodzi. Znalazł się. Uradowana ponownie zadzwoniłam na policję, której operator mnie całkowicie olał i uznał że muszę poczekać na policjantów. Ostatecznie dostałam mój rowerek z moim siodełkiem i błotnikami. Ale to ja podałam numer ogłoszenia… Gdyby nie to, pewnie bym go już nie zobaczyła. Także jeśli komuś zaginie rower, to polecam rozglądać się za ofertami sprzedaży i trzymać dowód zakupu :>