Lasy Oliwskie, czyli pierwszy wypad w teren

Kilkanaście lat mieszkania w Borach Tucholskich jakoś nie zaszczepiło we mnie miłości do lasu. Ot, drzewa, liście, błoto, mrówki, pająki, kleszcze, i całe hordy innych czyhających na mnie robali.

Skoro jednak przywiozłam do Gdańska swojego górala, żal byłoby nie przejechać się w miejsce, do którego został stworzony.

No i na rowerze jest się poza zasięgiem tych gigantycznych leśnych mrówek!

Oprócz jednej lajtowej przejażdżki, to był mój pierwszy rowerowy wypad do prawdziwego lasu. To już nie tylko ubite ścieżki, ale i piaski, błoto, pagórki i wystające korzenie.

I podjazdy, zjazdy, podjazdy. Prawie jak w górach :)

Lasy Oliwskie

Pierwszy wniosek: rower robi ogromną różnicę. Szczególnie dla kogoś przyzwyczajonego do asfaltu. Góral zachowywał nienaganną przyczepność nawet w miejscach, w których mój mieszczuch nie miałby żadnych szans. Z piaskami i błotem większy problem miała głowa, w której co chwilę pojawiało się „uwaaaa… o, jednak nie”.

Bardzo żałuję, że nie miałam ze sobą jakiegoś GoPro, bo do zdjęć zatrzymywałam się w tych bardziej cywilizowanych miejscach. Choć w moim przypadku wszelkie szaleństwa na wybojach odpadają, filmik z ostatniego zjazdu byłby naprawdę epicki!

Lasy Oliwskie

Drugi wniosek: jazda po lesie wymaga znacznie więcej skupienia, niż się spodziewałam. Szczególnie teraz, jesienią, kiedy wiele pułapek jest sprytnie schowanych pod liśćmi. Korzenie, jeszcze więcej korzeni, piaski, błoto, nawet na płaskim terenie trzeba ciągle uważać.

Lasy Oliwskie

Trzeci wniosek: jeśli nie jesteś mistrzem orientacji w terenie, dobrze mieć ze sobą mapę i gps w telefonie. Rowerowa mapa całkiem się przydała (szczególnie ostrzeżenia o stromych podjazdach), ale warto zaopatrzyć się w taką z zaznaczonymi szlakami turystycznymi. A mnie na końcu i tak uratował podgląd mapy w Endomondo.

Gdzie jest Wally?
Gdzie jest Wally?

Czwarty wniosek: zabieranie ciężkiego plecaka z lustrzanką było zdecydowanie słabym pomysłem. Zatrzymaj się, zsiądź, zdejmij plecak, wydobądź aparat, ustaw rower, popstrykaj, schowaj, załóż, wsiądź… Co prawda takie przerwy pozwalały nieco złapać oddech, ale jednak w najbardziej fotogenicznych momentach po prostu jechałam dalej.

Lasy Oliwskie
Nie przesadzę mówiąc, że jak dotąd była to jedna z moich trudniejszych wycieczek. Zupełnie inny styl jazdy, do tego solidny kop w kondycję przy podjeżdżaniu/prowadzeniu roweru pod górę.

Ale ta frajda z jazdy w dół… pisałam już na Facebooku. Mam ochotę zrobić to jeszcze raz. I kolejny.

Myślę, że będę tam częstszym gościem :)

  • Łukasz

    Jak jesień to tylko rower górski, polecam jakiś aparat kompaktowy. Bez problemu zmieści się w kieszonkę w kolarskiej koszulce. Moja piątkowa wyprawa zakończyła się gumą, ale widok na Bałtyk to zrekompensował. Pozdrawiam i od teraz zaliczam się do stałych czytelników Twojego Bloga.

    • Bałtyk wspaniała rzecz! Mam nadzieję, że następnym razem obędzie się bez awarii.

      Co do aparatu to zazwyczaj biorę właśnie kompakt i sprawdza się całkiem nieźle. Ale dostęp do lustrzanki mam na tyle rzadko, że jak już dorwę, to targam ze sobą gdzie się da :)