Dlaczego jeżdżę w kamizelce?

Włączenie świateł przy wsiadaniu na rower to u mnie odruch, niezależnie od pogody czy pory roku. Podobnie, oczywistą dla mnie rzeczą jest to, że jak jest ciemno, zakładam kamizelkę.

W paru rowerowych dyskusjach znalazłam jednak sporo opinii, że taki duży, żółty odblask robi więcej szkody, niż pożytku. Dlatego dziś parę słów w temacie ode mnie. Z dokumentacją fotograficzną.

Najbardziej ruszyło mnie po starym dość artykule, na jaki trafiłam ostatnio. I o ile z niektórymi argumentami się zwyczajnie nie zgadzam (kamizelka oznaką kultury strachu?), to po innych aż podnosi mi się ciśnienie. Punkt 4 i nabijanie kasy producentom kamizelek za kilka złotych? Punkt 11 – kamizelki nie są sexy? Litości :)

Na początek wyjaśnię: nocą jeżdżę wyłącznie po terenie zabudowanym, gdzie nawet w najciemniejszych ulicach są jakieś źródła światła poza moją kamizelką.
Więc teoretycznie w takich miejskich warunkach nie jest mi do niczego potrzebna.

W tym teoretycznym, idealnym świecie ulice i chodniki są dobrze oświetlone. Dobrze widoczni są też rowerzyści, nie ruszający się z domu bez kompletu świateł i odblasków.
(W super idealnym świecie jest ciepło i jasno co namniej do 23:00, ale to już zbytek szczęścia :) )

W idealnym świecie kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, więc skręcając czy włączając się do ruchu pamiętają by uważać nie tylko na inne samochody.

W idealnym świecie kierowcy i rowerzyści jeżdżą ostrożnie, nie szarżując w miejscach gdzie nie mogą być pewni pustej drogi.

To sobie pomarzyliśmy.
A teraz bum! Schodzimy na ziemię.

rower noc?

Zakładam kamizelkę, bo uważam, że dzięki niej jest bezpieczniej. I nie, nie uważam tego za propagowanie kultury strachu, tylko za zwykły rozsądek.

Zresztą, sam zobacz różnicę. W moim przypadku sytuację ratują jasne elementy roweru i zamontowane na stałe odblaski. Ale jakbym przesiadła się na ciemnego górala? Zgiń, przepadnij, bez lampek nie zaświeci.

Rower noc?

Rower noc?

Zakładam kamizelkę, bo nie mam specjalnych rowerowych ciuchów i jeżdżę w tym, w czym chodzę na co dzień. A choć rower mam dość jasny, to czarne/ciemne zazwyczaj ubranie nie pomaga w zauważeniu mnie na drodze.

Zakładam kamizelkę, bo nieustannie zadziwia mnie ilość rowerzystów-ninja, mknących po ścieżkach w ciemnych ciuchach, bez żadnych odblasków ani świateł. Wychodzę więc z założenia, że skoro ich nie widać, to niech oni przynajmniej widzą mnie i sami troszczą się o uniknięcie kolizji.

Zakładam kamizelkę, bo oprócz ścieżek poruszam się też zwykłymi, nie zawsze doświetlonymi ulicami. Piastowska czy Danusi na przykład. I wyraźnie zauważam, że kamizelka daje mi +10 do widoczności (a tym samym: bezpieczeństwa).

Zresztą, bez gadania. Porównaj sam.
Zdjęcia z kamizelką wyszły ogólnie jaśniejsze niż pozostałe, ale myślę że nie przekłamało to ogólnego obrazu. 

Zakładam kamizelkę, bo jeżdżąc po mieście, co chwilę mam jakieś skrzyżowanie czy wyjazd z posesji. I o ile pojazdom z naprzeciwka mogą wystarczyć podstawowe światła, to tym wyjeżdżającym gdzieś z boku może być trudniej mnie zauważyć.

Zakładam kamizelkę, bo jako sporadyczny kierowca często żałuję, że rowerzyści nie ubierają ich częściej.

Zakładam kamizelkę, bo zakłada ją nawet Karl Lagerfed :)

Źródło: http://www.theadmad.com/?paged=70
Źródło: TheAdMad.com
  • Też wydaje mi się, że lampki czasami mogą nie wystarczyć. Ja co prawda nie jeżdżę nocą w kamizelce, ale staram się wtedy podwójnie myśleć za kierowców, których mogę spotkać na swojej drodze. No i mam chyba ciut mocniejsze lampki od Ciebie :)

    • Może kiedyś nastaną czasy, że to kierowcy zaczną podwójnie myśleć :)
      Wbrew pozorom lampki mam całkiem mocne. Aż strach pomyśleć, jak radzą sobie rowerzyści z ledwo świecącymi „pchełkami”…

  • Sławek

    Witaj.

    „Zakładam kamizelkę, bo nieustannie zadziwia mnie ilość rowerzystów-ninja, mknących po ścieżkach…” – czytając ten fragment przypomniałem sobie młode dziewczę mknące na rowerze bez oświetlenia ( i kamizelki) po lewej stronie nieoświetlonej drogi powiatowej. Ja jechałem wpatrzony w jezdnie na 2-3 m. przed rowerem, aby nie wpaść w dziurę, a tu nagle przed moim nosem wyłania się batman(ica) jadąca „na czołowe” – wrażenie masakryczne.

    Ogólnie uważam, że „jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu” – czyli, jeżeli chcemy być szanowani przez kierowców to i my szanujmy ich. A za taki szacunek uważam posiadanie przy rowerze sprawnego ( nie oślepiającego ) oświetlenia, oraz kamizelki (lub odblasków ) na grzbiecie. Ponadto już wcześniej (jadąc jako kierowca) zauważyłem problem, o którym wspomniała lavinka na blogu Łukasza. Otóż w kamizelkach brak jest rękawów z odblaskami przez co sygnalizowanie skrętu ręką może być nie zauważone w porę. Dlatego zaopatrzyłem się (za grosze) w opaski odblaskowe, które zakładam na nadgarstki. Ponieważ życie nie znosi próżni to i moje w tym względzie asekuracyjne podejście zostało w dniu wczorajszym zweryfikowane. Jechałem drogą główną i już z daleka widziałem, że z prawej strony chce wjechać na skrzyżowanie samochód. Zasygnalizowałem zamiar skrętu w prawo, ale kierowca cierpliwie czekał aż dojadę. Cały problem polegał na tym, że skrzyżowanie nie było oświetlone, nie jechały w tym czasie inne samochody więc kierowca nie mógł widzieć moich opasek odblaskowych. Aż miałem chęć zatrzymać się i go przeprosić, ale bałem się, że może użyć wobec mnie tzw. „grubego” słowa :-) .
    Natomiast jeżeli chodzi o poglądy innych tzw. „starych wyjadaczy rowerowych” na temat używania kamizelek czy kasków to mam czasami chęć im powiedzieć: człowieku odwal się. Kupiłem kask i kamizelkę za swoje pieniądze, noszę je na swojej głowie i plecach więc wara Ci od tego co z tym robię!.
    Pozdrawiam.

    • „jeżeli chcemy być szanowani przez kierowców to i my szanujmy ich” – podpisuję się obiema rękami :) Trochę wzajemnej kultury, i o ile lepiej by się jeździło!
      Z problemem przy sygnalizacji skrętu jeszcze się nie spotkałam, ale nie zapuszczam się na razie w miejsca zupełnie nieoświetlone więc mam nadzieję że w tym przypadku problem nie jest za duży. Cały czas myślę nad jakimś wygodnym sposobem zamontowania czegoś zarówiastego na rękawiczkach, żeby sygnalizacja skrętu była bardziej widoczna.

  • mrf

    Kapitalny blog Justysiu – pozdrówka z Tucholi mrf.

  • Gdybym jeździł rowerem nocą, robiłbym to w kamizelce. Jeżdżę natomiast samochodem i na lokalnych drogach za każdym razem w ostatniej chwili omijam kilku nieoświetlonych w żaden sposób rowerzystów.

    • Niestety. Jako również rowerzyście, wstyd mi za takich :(

  • Dla lepszej widoczności z boku (np. dla samochodów wyjeżdżających z posesji) możesz pomyśleć o oponach z paskami odblaskowymi. A co do kultury strachu, to jednak coś w tym jest. Polecam wystąpienie Mikaela Colville-Andersena na TEDx https://www.youtube.com/watch?v=07o-TASvIxY

    • Mam tak rzadki (ponoć) rozmiar opon, że już znalezienie tych z białym paskiem było sporym osiągnięciem :)

      W temacie kasków widziałam jeszcze gdzieś podobne wystąpienie. I tu się zgadzam, że dopóki nie osiągamy jakichś zawrotnych prędkości albo nie szalejemy po lasach, kask na niewiele się przyda. Jak na moim ulubionym obrazku: http://www.thefootdown.com/blog/images/misc/20091218-helmet-strip.gif Nie mam jeszcze zdania w kwestii kasków dla dzieci, ale tu mam uraz bo z braćmi musieliśmy nosić i dzieciaki obśmiewały nas straszliwie :)

      • Sławek

        Kaski rowerowe – temat rzeka.

        Zanim jednak wtrącę swoje trzy grosze to skieruję Ciebie i innych na blog Łukasza http://www.rowerowe-porady.pl/prawie-dwa-tygodnie-w-szpitalu-i-co-dalej/ (wpis z 6 sierpnia), w którym autor coś nie coś wspomina o sensie używania tego akcesorium.

        A teraz wracam do swoich wypocin: ostatnią solidną glebę zaliczyłem w lipcu 1976 r. Przednie koło wpadło do dziury, ja przeleciałem przez kierownicę, a rower wykonał obrót dookoła przedniego koła i przydzwonił mi w potylicę siodełkiem (na szczęście w miarę miękkim). No i co? – no i nic. Poleżałem sobie trochę, a jak odzyskałem czucie w nogach to wstałem i poszedłem do domu dźwigając rower.
        Od tego zdarzenia nigdy już się nie przewracałem, nigdy więcej nawet sobie kolana czy łokcia nie obtarłem.
        Kiedy nastała moda na kaski to myślałem sobie: a po co mi to, przecież ja się nie przewracam.
        Ponadto widziałem też inne „wady” kasku np. co z nim zrobić jak się wchodzi do sklepu, urzędu. Dlaczego więc kupiłem kask i go używam?.
        – już nie jeżdżę głownie po mieście. Teraz moja trasa może przebiegać np: 10 km po mieście i 120 km. poza miastem (asfaltami, szutrami czy duktami leśnymi),
        – jazda w mieście też nie należy do najbezpieczniejszych. Większe szanse w razie wywrotki mamy na urazy rąk i nóg niż na „obicie” głowy, ale wystarczy popatrzeć ile drogowcy stawiają barierek, słupków. Wysokie krawężniki czy betonowe donice też mogą swoje „dołożyć”,
        -przy dobrych wiatrach rozpędzam się solidnie, a przy wietrze w plecy i z górki to nawet bardzo solidnie.
        Pomijam rzeczy oczywiste jak np to, że kask pasuje pod kolor moich oczu ;-)) .Wiem, że w moim myśleniu może być dużo infantylizmu – jak zamknę oczy to przestanę bać się ciemności!, ale szalę przeważyło opracowanie na jakie natknąłem się przeglądając internet ( w długie zimowe wieczory). W opracowaniu tym omówiona była mechanika urazów w obrębie kręgów szyjnych. W skrócie – kask podnosi środek ciężkości głowy i oś obrotu kręgów zmniejszając (odrobinę) możliwość poważnych urazów. Pomyślałem wtedy – dlaczego mam nie spróbować, a potem poszło z górki. Teraz bez kasku czuję się jak bez okularów – niby widzę, ale źle ;-).
        Oboje ( i nie tylko my) mamy/mieliśmy podobne przemyślenia tzn. ja się nie przewracam, jeżdżę ostrożnie więc nic mi się nie stanie. Z praktyki wiem, że nie jest niebezpieczne jak to my tracimy równowagę bo zdążymy jakoś zareagować i wylądować bezpiecznie telemarkiem. Problem robi się, gdy zostaniemy wytrąceni z toru ruchu. Nie wiadomo wtedy czy łapać równowagę, czy trzymać się roweru – tego obawiam się najbardziej.
        To jest kilka moich przemyśleń/ uwag odnośnie używania kasku.
        Jednocześnie jestem zdecydowanym przeciwnikiem wprowadzenia obowiązku jego używania, a nawet usilnego namawiania na jego stosowanie.
        Dorośli jesteśmy więc poczytajmy, pomyślmy i sami decydujmy. Co innego dzieci. Jako rodzic jestem gotów zrobić wiele, aby zapewnić bezpieczeństwo pociechom, tylko jak to wygląda, gdy dziecię jedzie na rowerku w kasku, a rodzic z gołą głową.
        Pozdrawiam wszystkich (zwolenników/ przeciwników i wahających się).

        • Rzeczywiście, to temat rzeka. Nie chcę być źle zrozumiany – nie jestem przeciwnikiem kasków, sam mam jeden do turystyki. Jestem przeciwnikiem kultury strachu. Dobrze opisuje to Colville-Andersen w swoim wystąpieniu – rower przedstawia się jako coś niebezpiecznego, co powoduje, że ludzie boją się na nim jeździć. A wiadomo, że im więcej rowerzystów, tym jest bezpieczniej.

          • Kulturze strachu mówimy zdecydowane nie :) Jeśli już ktoś jest w mieście najbardziej zagrożony, to raczej piesi. A ich raczej nie widuje się w kaskach. Kwestia tylko stopniowego przyzwyczajania wszystkich na drogach, ścieżkach i chodnikach, że rowerzyści istnieją i też mają swoje (o, zgrozo!) prawa.

          • MaciekR

            „Nie mam jeszcze zdania w kwestii kasków dla dzieci, ale tu mam uraz bo z braćmi musieliśmy nosić i dzieciaki obśmiewały nas straszliwie :)”

            Z dziećmi jest ten problem, że mają znacznie słabsze szwy łączące poszczególne kości czaszki, więc to nie jest takie głupie zakładać je nawet jak jeździmy spokojnie i w bezpiecznych miejscach. Z dorosłymi to już inny zupełnie temat.

            Sam nie zakładam, ale innych nie zniechęcam ani zachęcam — indywidualna sprawa, nie jeżdżę szybko ani w terenie, zaś w kolizji z autem na niewiele mi się zda (już bardziej motocyklowy ochraniacz na kręgosłup, albo coś na dłonie). Inna sprawa, że ostatnią wywrotkę na rowerze miałem 30 lat temu, więc stąd moje podejście do tego tematu.

            Choć będąc w Belgii trafiłem (w Brugii) na sklep rowerowy, który oferował kaski w niewielkim stopniu je przypominające, w zasadzie tylko pasek pod brodą je zdradzał. Same zaś przypominały kaszkiet czy czapkę z daszkiem. Były tak eleganckie, że aż chciałem je kupić. Cena mnie ostudziła: jakieś 600 złotych w przeliczeniu na naszą walutę. Trochę za dużo nawet na coś co, potencjalnie, może poprawić bezpieczeństwo.

            „ale myślę że przy zwykłej miejskiej jeździe i standardowym poziomie uwagi nie jestem dużo bardziej zagrożona niż np. pieszy.”

            Pod względem urazów głowy to statystycznie „obrywasz” równie prawdopodobnie jak kierowca auta czy pieszy:

            http://www.trasymasy.pl/czy-kaski-na-rower-powinny-byc-obowiazkowe/

            (wykres: „Części ciała narażone na uszkodzenia”).

            Jedynie motocykliści się pozytywnie wybijają na tle reszty (podejrzewam, że dzięki właśnie solidnemu i masywnemu kasku).

            A z kamizelką nie mam zdania: w mieście nie czuję potrzeby, ale poza miastem na bank pewnie bym założył. W mieście jednak jeżdżę na dobrze oświetlonych drogach, gdyby było inaczej, to bym pomyślał o jakiś dodatkowych odblaskach. Na razie myślę — wzorem starych „holendrów” — pomalować koniec tylnego błotnika na biało. Jako kierowca auta zauważyłem, że on i odblaski na pedałach dobrze są widoczne w blasku reflektorów (pewnie z racji, że są nisko).

          • MaciekR – Ja noszę kamizelkę właśnie dlatego, że przejeżdżam czasem przez takie słabo oświetlone ulice, albo miejsca gdzie jest dużo skrzyżowań (np. Kościuszki i wjazdy w te boczne uliczki, skręcając w taką łatwo przegapić rowerzystę zasłoniętego przez drzewa). Uważam że nawet dla tego kilometra w gorszych warunkach warto mieć tę kamizelkę założoną na cały wyjazd :)

        • Łukasza czytam regularnie i wpis też pamiętam. Być może moje zdanie wynika z tego, że nigdy porządnej gleby na rowerze nie zaliczyłam, ale myślę że przy zwykłej miejskiej jeździe i standardowym poziomie uwagi nie jestem dużo bardziej zagrożona niż np. pieszy. Co innego w sytuacjach, jakie opisujesz – szybka jazda poza miastem rządzi się już trochę innymi prawami, podobnie jak szaleństwa po lasach czy jazdy wyczynowe. Ale tu się nie będę wypowiadać, bo nie praktykuję :)

  • Pingback: Kamizelka odblaskowa - kiedy zakładać ją jadąc rowerem? » Miejski blog rowerowy()

  • Maciej Rutecki
  • szatan

    Pobawię się w archeologa, ale dołączę do dyskusji. Dla mnie podstawą są aktywne lampki. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie zawsze znajdziemy się w strumieniu światła z reflektorów i nasze odblaski zwyczajnie nie będą się rzucać w oczy. Po drugie, nie jestem za przyzwyczajaniem kierowców do myślenia typu „Jak się nie błyszczy to tam nic nie ma”. Po trzecie – czasem sami potrzebujemy światła, którego znikąd nie można wziąć ;) Sam jeżdżę dość mocno oświetlony: 1. Latarka LED z kolimatorem, światło stałe – do oświetlania drogi. 2. Latarka LED z odbłyśnikiem, światło pulsujące – „halo, tu rower”. 3. Czołówka (nie gadać, że nielegalna – nie jest zamontowana na rowerze a na rowerzyście) z matówką – żeby światło było widoczne znad samochodów, żywopłotów itd. (a także, żeby sobie czasem przyświecić, jak łańcuch spadnie). Do tego tył, obecnie jeszcze z jedną lampką, docelowo – z drugą wmontowaną w bagażnik. Jeżeli chodzi o widoczność boczną, to polecam wspomniane tu odblaskowe opony, ewentualnie odblaskową farbę na szprychy. Kamizelka ma istotne wady – głównie tę, że jest luźna. W praktyce jeżdżę w kamizelce tylko na gry terenowe – człowiek ubrany w pomarańczową szmatę przestaje wzbudzać zainteresowanie w mieście (-80 do spowiedzi przed patrolem).

    • Maciej Rutecki

      „Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie zawsze znajdziemy się w strumieniu
      światła z reflektorów i nasze odblaski zwyczajnie nie będą się rzucać w
      oczy.”

      Popieram na podstawie swojej obserwacji. Z tego samego powodu jeżdżę w mieście całą dobę z włączonymi światłami. „Głupio” być jedynym na ulicy bez własnego światła.

      Co do czołówek mam mieszane uczucia: świecą tam, gdzie patrzy właściciel takiego światła. i to jest główny problem: jak taki Ci spojrzy na Ciebie to masz gwarantowane oślepienie. Przy okazji pozdrawiam pewnego rowerzystę, jadącego w Gdyni w kierunku Gdańska tak około godz. 16-17, który ma tylko czołówkę… Ma dwa chaotyczne stany binarne: świeci gdzieś w bok i nie widać delikwenta, albo świeci w ciebie i już nic kompletnie nie widzisz.

      Czołówka nie jest nielegalna, o ile to nie jedyne oświetlenie na rowerze (drugie musi być zamocowane do roweru).

      Ja mam tylko dwie lampki (po jednej na przód i tył), tyle że długo dobierane do swoich potrzeb. Odblaski dla mnie to uzupełnienie lampek: ta z tyłu i z przodu jakbym miał awarię oświetlenia, w pedałach, bo z racji iż nisko się znajdują, to rewelacyjnie je widać w światłach aut, i na oponach, ale te ostatnie są kłopotliwe w utrzymaniu czystości o tej porze roku.

    • Lampki to absolutna podstawa i mam nadzieję że nikt przy zdrowych zmysłach tego nie zakwestionuje. Taka do oświetlania drogi też kusi coraz bardziej, przynajmniej dopóki człowiek nie opanuje na pamięć mapy wybojów na ścieżkach :)

      Dobre oświetlenie się chwali, mam tylko nadzieję że upewniłeś się, że tą czołówką nie oślepiasz nikogo z naprzeciwka :) Niestety większość osób z czołówkami, które mijam, nie zdaje sobie sprawy jak bardzo dają innym po oczach :(

  • Pingback: Sytuacje | Blog z Miasta()