Czy ucieczka z miasta na pewno jest eko?

Dom przyjazny dla środowiska. Co pierwsze przychodzi Wam do głowy? Mogę chyba bezpiecznie założyć, że mieszkanie w bloku w środku miasta nie będzie pierwszym skojarzeniem.

Przyjął się taki stereotyp, że jak chcesz być eko, wyprowadzasz się do domu pod miastem albo gdzieś w środku lasu. Nie ma wątpliwości, że własny dom daje w tej kwestii dużo szersze pole manewru.  Możemy dowolnie wybierać materiały, rodzaj instalacji, instalować panele słoneczne i całą gamę innych przyjaznych środowisku patentów.

Tylko… w tym pędzie do wyprowadzki za miasto, czasem nie bierze się pod uwagę innej kwestii. Tego, że dojazdy do naszego ekodomu mogą zniweczyć cały trud, jaki wkładamy w pomoc środowisku!

Zdaję sobie sprawę, że zarówno „dom kontra mieszkanie” jak i „miasto czy przedmieścia” to kwestie, o których można pisać całe książki. Ale nie o tym będzie ten wpis. Nie zamierzam dziś prowadzić szczegółowej analizy wszystkich za i przeciw. Chciałabym za to podrzucić Wam dziś ciekawe dane na temat dwóch kwestii: zanieczyszczenia powietrza i produkcji gazów cieplarnianych oraz na zużyciu energii (którą jakoś trzeba wyprodukować, a w Polsce „jakoś” nadal najczęściej oznacza węgiel).

Poniższe dane pochodzą z amerykańskich źródeł, co warto wziąć pod uwagę. W końcu mówimy o kraju, w którym 90% mieszkańców dojeżdża do pracy samochodem! [źródło] W Polsce jest to ok. 2/3 [źródło]. To nie znaczy, że można te dane ignorować. Wręcz przeciwnie, warto wyciągnąć z nich wnioski, zanim doprowadzimy do podobnej sytuacji u nas…

Przykład 1.

„Places should be judged not by how much carbon they emit, but by how much carbon they cause us to emit” (Walkable City, s. 52). W luźnym tłumaczeniu: „Miejsca nie powinny być oceniane przez to, ile CO2 same emitują, ale na ile zmuszają nas do jego emisji”.

Jeśli spojrzeć na jakąkolwiek mapę zanieczyszczeń, emisji gazów cieplarnianych, zużycia prądu czy choćby zanieczyszczenia światłem (tak, istnieje coś takiego), od razu zauważymy, że główne ogniska znajdą się dokładnie tam, gdzie największe w danym rejonie miasta. Jak na obrazku poniżej, przedstawiającym mapę emisji gazów cieplarnianych w przeliczeniu na akr (czyli trochę mniej niż pół hektara). Nie będzie nic odkrywczego w tym, że największymi źródłami są duże miasta. Dużo ludzi, samochodów, kominów, logiczne że i zanieczyszczeń będzie najwięcej.

Żródło: https://htaindex.cnt.org/compare-greenhouse-gas/

Spróbujmy jednak spojrzeć na te same dane inaczej. A gdyby, zamiast na powierzchnię, przeliczyć je na mieszkańców? Obrazki poniżej przedstawiają poziom emitowanych zanieczyszczeń podzielony już nie na akry, a na gospodarstwa domowe. Na domy i mieszkania, na ludzi z których niektórzy wybierają samochód z pełną premedytacją i na tych, którzy z braku dostępu do innej formy komunikacji są na samochód skazani. Kwestię tzw. wykluczenia transportowego też na pewno kiedyś poruszę.

Źródło: https://htaindex.cnt.org/compare-greenhouse-gas/

Wygląda inaczej, prawda? Spójrzcie na przykład na Nowy Jork. To ponad 8-milionowe miasto emituje solidną porcję gazów cieplarnianych i innych zanieczyszczeń. Ale jednocześnie, ponad połowa jego mieszkańców [źródło] porusza się po mieście komunikacją miejską – to dużo nawet jak na nasze europejskie standardy. Dzięki rozwiniętej komunikacji publicznej oraz możliwości poruszania się pieszo lub rowerem dotarcie z punktu A do punktu B spowoduje znacznie mniejsze zanieczyszczenie środowiska niż w przypadku, gdy skorzystanie z samochodu jest koniecznością. A wpływ zwykłego mieszkańca na miejsce, w którym żyje, jest zdecydowanie mniejszy niż w przypadku, gdyby mieszkał na przedmieściach.

Przykład 2.

„But a solar heated house in the suburbs is still a house in the suburbs, and if you have t drive to it – even in a Prius – it’s hardly green”. (Walkable City, s. 56). „Ale ogrzewany panelami słonecznymi dom na przedmieściach nadal jest domem na przedmieściach. I jeśli musisz dojeżdżać do niego samochodem – nawet Priusem – to wcale nie jest taki ekologiczny”.

W tym raporcie autorzy skupili się na różnicach pomiędzy typowym przedmieściem (Conventional Suburban Development, CSD) a dobrze skomunikowanym miastem lub okolicą (Transit Oriented Development, TOD), w której jazda samochodem często nie jest konieczna. Podzielili też budynki na trzy rodzaje: jednorodzinne domy wolnostojące, domy szeregowe oraz typowe bloki/kamienice mieszkalne. Łącznie sześć zmiennych.

Jak nietrudno się domyślić, już sam typ budynku mocno wpływa na zużycie energii. Pojedynczy dom, który nie dzieli żadnej ściany z sąsiadem i wszystkie media wykorzystuje samodzielnie, może potrzebować nawet dwa razy więcej energii, niż mieszkanie w budynku wielorodzinnym (s. 13).  Z kolei mieszkańcy budynków zlokalizowanych blisko środków komunikacji mogą emitować nawet 1/4 poziomu dwutlenku węgla produkowanego przez gospodarstwa bez dostępu do takich udogodnień (s.4). A co, jeśli połączyć ze sobą wszystkie zmienne?

Na wykresie poniżej widać łączne zużycie energii (prądu i paliwa, szczegóły w raporcie) w zależności od typu i lokalizacji gospodarstwa domowego.

Żródło: https://www.epa.gov/sites/production/files/2014-03/documents/location_efficiency_btu.pdf

W skrócie: szare słupki to „zwykłe” gospodarstwa domowe, zielone – to te z ekologicznymi samochodami i domami wyposażonymi w przyjazne środowisku technologie. Na pierwszy rzut oka wykres jak wykres, na którym widać to, czego każdy z nas może się tylko domyślić: im lepiej skomunikowana okolica i gęstsza zabudowa, tym mniejsze zapotrzebowanie na energię.

Warto jednak zwrócić uwagę na jedną ciekawostkę: nawet najbardziej ekologiczne domy, wyposażone w przyjazn(iejsz)e środowisku pojazdy, ale uzależnione od samochodu (A), zużywają więcej energii niż domy mało ekologiczne, ale położone w dobrze skomunikowanej okolicy (B)! I to niezależnie od tego, czy porównujemy domy jednorodzinne czy mieszkania w bloku. Może te różnice nie są bardzo duże, ale wyraźnie pokazują, jak duży wpływ ma sam wybór miejsca, w którym mieszkamy.

Spójrzcie też na źródła zapotrzebowania na energię. W słabo skomunikowanych okolicach aż 50-70% energii zużywana jest na transport, podczas gdy w dobrze położonym i wykorzystującym ekotechnologie mieszkaniu może to być około 30% łącznego zużycia. Czy to dużo? Jeśli nie dla środowiska, to ulga choćby dla naszych portfeli. Sprawdźcie z ciekawości swoje rachunki za prąd i paliwo, i wyobraźcie sobie, że co miesiąc zostaje Wam z tej sumy co najmniej 1/3. Kuszące?

Wszystko to oczywiście duże uogólnienia. Mieszkanie pod miastem bez konieczności regularnych dojazdów może być bardziej ekologiczne niż spędzanie dwóch godzin dziennie w miejskim korku-gigancie. Nie po każdym mieście i nie po każdej dzielnicy da się wygodnie poruszać komunikacją czy rowerem, nie wspominając  tym że niektórzy nawet te dwa przystanki wolą pokonać samochodem. Ale to już temat na zupełnie osobny wpis.

Zdjęcie w nagłówku: Tom Skarbek-Wazynski (licencja CC)