7 rzeczy, na które nie zwraca się uwagi kupując rower

… a które zapewne zemszczą się w przyszłości :)

W zeszłym roku aż dwa razy przerabiałam wybór i zakup roweru. Jeden nowy, jeden stary, dla każdego z nich miałam inne wymagania. W obu przypadkach praktycznie odpuściłam sobie dokładne porównania poszczególnych części, wychodząc z założenia, że dopóki będą działać, pewnie i tak nie poczuję różnicy. Zdecydowanie wyłamałam się więc z kręgu osób zapatrzonych na konkretne modele przerzutek i liczących każdy dodatkowy gram. Zwracałam za to uwagę na szczegóły, o których wiedziałam, że na pewno uprzykrzałyby mi życie za każdym razem. Niby drobiazgi, niby znacznie mniej ważne od przerzutek czy napędu. ale…

Sprawdźcie sami. Subiektywna lista drobnych rzeczy, na które warto zwrócić uwagę przy wyborze roweru.

Tak, wiem, że większość z poniższych elementów można wymienić. Pewnie, że można. Wiem też, że nie każdy lubi (i umie) bawić się w majsterkowicza. Dlaczego więc nie wybrać takiego sprzętu, który od razu spełni nasze wymagania? Jest na rynku tyle modeli, że na pewno któryś z nich okaże się tym idealnym.

Niewygodne siodełko

Wypożyczyłyśmy kiedyś z koleżanką dwa identyczne rowery, i podczas gdy ona narzekała, ja zachwycałam się mięciutką „kanapą”. Siodełko to chyba najbardziej problematyczna część roweru bo trudno ją wcześniej przetestować, szczególnie że zazwyczaj daje o sobie znać dopiero po dłuższej jeździe. Pozostaje tylko liczyć na łut szczęścia… albo na sprawdzone siodełko z poprzedniego roweru :)

Kąt zakrzywienia kierownicy

Dla niektórych to może mało istotne, ale ja i przy trekkingu, i przy mieszczuchu z góry odrzuciłam sporo rowerów tylko dlatego, że miały prostą kierownicę zamiast wygiętej :) Tak mi wygodniej i już. Te jeden szczegół wpływa na ułożenie rąk, ramion, tułowia, ale też np. na precyzję podczas manewrów – wygiętej kierownicy w góralu jeszcze nie widziałam :)

Z drugiej strony, zakrzywiona kierownica zmieści niestety mniej gadżetów niż prosta. Dzwonek, lampki, telefon/zegarek/GPS, kamera – jeśli jeździcie z wyposażeniem, może okazać się, że z czegoś trzeba będzie zrezygnować.

Zbyt wypukłe uchwyty kierownicy

Trafiły mi się takie w starym góralu. Każdą przejażdżkę kończyłam z „tatuażem” dokładnie odbitym na wnętrzach dłoni. Nie polecam.

Łatwość (de)montażu

Warto zwrócić na to uwagę wybierając rower, który zamierzamy często wozić samochodem w stanie rozłożonym.

Dla przykładu: żeby władować swojego trekkinga do samochodu, musiałabym zdjąć oba koła. Ale – żeby wymontować tylne koło, muszę odkręcić jeszcze bagażnik i błotnik, tracąc tym samym podłączoną do nich tylną lampę. A do przedniego koła potrzebuję osobnego klucza i kogoś silniejszego w pobliżu. Jak dla mnie to za dużo zabawy, więc gdybym często woziła gdzieś rower, zamiast trekkingowego wybrałabym pewnie crossowy.

Brak miejsca lub niewygodne miejsce na bidon

Znów na przykładzie mojego roweru: na zdjęciu zaznaczyłam fabryczne mocowanie uchwytu na bidon:

Niewygodne. Trudno dostępne. Najbrudniejsze z możliwych. W moim Trans Alpie to nieduży problem, bo wszelkie kable schowane są wewnątrz ramy i mogę przyczepić butelkę gdzie indziej (mam uchwyt nie wymagający dziur w ramie, polecam). W rowerach z kablami poprowadzonymi na ramie może okazać się, że nie będzie żadnej możliwości przyczepienia bidonu tam, gdzie byłoby nam wygodnie, np. na rurze podsiodłowej.

Brak wygodnego miejsca do złapania roweru przy przenoszeniu

Taki drobiazg, a wbita w skórę linka hamulca naprawdę daje popalić :)

Rury bagażnika niekompatybilne z Twoją torbą/sakwą

Taki drobny szczegół, na który sama bym nie wpadła, zanim faktycznie mnie to nie spotkało: trafiłam na rower, w którym ułożenie poprzecznych elementów mocno utrudniało zaczepienie torby – a kiedy już udało się ją jakoś wcisnąć, okazało się że co rusz zahaczam o nią przy pedałowaniu. Całe szczęście, że częściej dobiera się sakwę do roweru niż rower do sakwy :)

… coś jeszcze podpowiecie?

  • Maciej Rutecki

    Moja lista, ale ja z myślą o jeździe transportowej:
    – siodełko — to podstawa,
    – dobrze wyprofilowany bagażnik pod sakwy,
    – wzmacniane koła (szczególnie tył),
    – solidny chlapacz z przodu (zwykle dokupuję później),
    – dobre opony (zwykle dokupuję później),
    – dobrej jakości stopka, nie kawałek pręta, tylko taka, która utrzyma minimum 30kg i się nie zapadnie w miękkiej ziemi,
    – pedały przystosowane do zwykłych butów: antypoślizgowe, duże, które nie niszczą butów na skórzanej podeszwie.

    Pomijam typowe rzeczy dla mieszczczuchów, czyli np.: w pełni obudowany napęd, hamulce, dynamo, prawdziwe błotniki.

    • O właśnie, wygodna stopka i porządne (długie) błotniki! Właśnie dlatego nie słuchałam wszystkich, którzy mówili żebym kupiła crossa zamiast trekkinga :)

      • Maciej Rutecki

        Ci, którzy polecają crossa itp., najczęściej nie jeżdżą w zimę (w Polsce) i to codziennie. Ja bardzo lubię szosówki i wszelkie „lekkie” rowery (optycznie i wagowo), ale jazda w każdą pogodę szybko zweryfikowała moje doświadczenie i pozostałem przy banalnym mieszczuchu, który daje radę nawet w dłuższe trasy.

        Jak kiedyś będę miał więcej przestrzeni w mieszkaniu, to kupię sobie coś mniej praktyczniejszego (o ile by się skończyło na jednym). :-)

        • Ci, którzy polecają crossa nie jeżdżą chyba na wycieczki z sakwami :) Każdemu według potrzeb, jestem przekonana że dla wielu osób taki rower byłby rozwiązaniem idealnym. Grunt to dobrze zastanowić się, czego się potrzebuje.
          A szosa… oj, tak :)

          • Filip

            Ja akurat świadomie kupiłem rower crossowy pod trekking, bo mi odpowiadały specyfikacje i rama. Poza tym trochę szpejów (błotniki, sakwy) poprzekładałem z innych rowerów. Kupując trekkinga mamy wprawdzie wszystko w komplecie, bagażnik, błotniki i oświetlenie, ale nie zawsze takie, jakbyśmy sobie życzyli, nie każdy np. chce mieć dynamo w piaście. Coś za coś.

          • Ja z kolei wyszłam z założenia, że skoro i tak chcę mieć zawsze błotniki, osłonę łańcucha i bagażnik, to już wolę kupić trekkinga zamiast bawić się w szukanie i montowanie pasujących części. Ale też zupełnie inaczej wygląda sytuacja jeśli miałeś już jakiś rower-dawcę akcesoriów :)

  • Fajny wpis, wrzucę wieczorem na FB Statku Kosmicznego :-) A co do meritum, to chyba rzadko zwraca się uwagę na opony, a to jednak dosyć istotne. Chodzi o wkładkę antyprzebiciową. Bez niej trzeba co chwilę zmieniać dętkę, co odbiera sporo radochy z nowego roweru.

    • Dzięki :) To mam chyba szczęście z oponami, bo w 3letniej rowerowej karierze gumę złapałam tylko raz. Chyba trafiam na jakieś szczęśliwe rowery… albo po prostu na tak stare, że dętki nie mają już siły pękać :)

      • Maciej Rutecki

        Zależy gdzie jeździsz. Jesteś z Gdańska, to domyślasz się ile jest szkła na Dolnym Mieście. Poligon doświadczalny dla wkładek antyprzebiciowych. :D

        • O tak, jechałam tam kiedyś, drżałam o dętki na każdym kroku :)

          • Maciej Rutecki

            Drogą eliminacji wytrzymały tam tylko dwa modele opon: Schwalbe Marathon Plus oraz Vredestein Perfect Extreme. Ta ostatnia pod ciężki miejski rower i jeszcze bardziej ciężkiego rowerzystę. Dlatego je z czystym sumieniem polecam. :-)

            PS. Po cichu liczę, że czyta to mieszkaniec tej dzielnicy i chociaż się zawstydzi, bo architektura tam piękna, tylko mało kto o nią dba.

  • Filip

    Przede wszystkim geometria – musi być dobra wygodna rama i odpowiedni zakres regulacji siodełka i mostka/kierownicy – to chyba jedyna rzecz, której po zakupie nie będziemy mogli skorygować. Całę resztę, jak osprzęt, błotniki, siodełka, bagażniki itd. możemy sobie dowolnie zmieniać.

    Z siodełkiem jest tak, że nie zawsze te miękkie, szerokie „kanapy” sprawdzają się na dłuższą metę. Może się okazać, że siodełko twarde, ale dobrze wyprofilowane (takie, które podpiera dobrze guzy kulszowe, na których siedzimy) sprawdzi się z czasem o wiele lepiej. Zresztą, po kilku godzinach jazdy, każde siodełko jest niewygodne:)

    Jeden wkurzający drobiazg, jaki zauważyłem w niektórych góralach, to prowadzenie linki do przerzutki przedniej górą ramy a potem w dół wzdłuż rury podsiodłowej – strasznie przeszkadza to przy przenoszeniu, bo właśnie tam zwykle chwytam rower. W takim przypadku muszę złapać również za linkę, która ociera wtedy o rurę, rysuje ją i brudzi rękę. Na szczęście w moim crossowym trekkingu mam linkę prowadzoną od dołu:)